użytkownik niezalogowany
Autor:Marc
Aktualizacja:

Przełamywanie barier na sposób Ikara

Materiał wykorzystany w serwisie
Materiał wykorzystany w serwisie

Wykorzystany w serwisie

Pomysł skoku ze spadochronu chodził za mną już od pewnego czasu. Będąc na wakacjach nad polskim morzem w lipcu tego roku, zobaczyłem lecący samolot z reklamą na temat skoków spadochronowych. To był swego rodzaju katalizator wcześniejszych pragnień. Zapisałem numer, zadzwoniłem i umówiłem się na konkretny termin. Gdy tylko wspomniałem swemu Bratu – Wiesławowi, że planuję oddać skok, nie musiałem Go namawiać, od razu się zdecydował. Pojechała też z nami moja Żona - Beata, która od samego początku była przeciwna skokowi.

 

Pierwsza rzecz, jaka mnie uderzyła po przybyciu na lotnisko, to delikatna atmosfera czegoś wyjątkowego. Lato w tym roku było bardzo gorące i wysoka temperatura tego dnia jedynie potęgowała pierwsze wrażenie. Zobaczyłem samolot na niebie, z którego skakali spadochroniarze. Wyglądał jak duża kropka na marginesie białego zeszytu. Pod rozłożonym namiotem kręciło się sporo osób. Jedni składali spadochrony po skokach, inni ćwiczyli pozycje podczas skoku, część osób była tuż przed skokiem - ubrani w kombinezony, a co jaki czas powracały osoby po wykonanych skokach. Ci ostatni byli jakby nie z tego świata. Podnieceni, radośni, pełni gestykulacji i słyszałem tylko urywane zdania: „wiesz!, było niesamowicie... no, nie spodziewałem się... ale zaj....ście było...".

 

Przywitaliśmy się z Kingą i Robertem, organizatorami skoku. Po podaniu sobie rąk na przywitanie i wymianie zapoznawczych spojrzeń, w kilku żołnierskich zdaniach dowiedzieliśmy się, co nas czeka w ciągu najbliższego czasu. Ustaliśmy kolejność skoków. Najpierw miałem skakać ja, a później Wiesław. Robert poszedł oddać następny skok. Beata co jakiś czas wyciągała kolejnego papierosa i wypalała go jakby nieco szybciej niż zwykle. Kinga oswajała przyszłych skoczków/nowicjuszy. Reagowali różnie: jedni dużo pytali, inni chodzili zatopieni w sobie. Przyglądaliśmy się krzątaninie na lotnisku. Co jakiś czas spadali z nieba kolejni skoczkowie i lotem ślizgowym osiadali na ziemi. Ci bardziej doświadczeni podchodzili do lądowania z dużą prędkością, a ich czasze spadochronu wygrywały przejmującą melodię na wietrze i unoszącym płótnie. Jak pędząca husaria w zbrojnym szyku. Zagadnąłem kilka osób. Dowiedziałem się, że jedna kobieta dostała prezent od męża w postaci skoku, a ludzie z pracy trzymają za nią kciuki. Dla innej 13-letniej dziewczyny był to prezent urodzinowy. Ja chciałem po prostu skoczyć.

 

Ubrałem kombinezon w wielkie kolorowe kropy. Przećwiczyliśmy z Robertem zachowania w samolocie i podczas skoku. Kinga zebrała moje dane, podpisałem stosowną deklarację. Udaliśmy się do samolotu, który stał opodal zaraz po zatankowaniu. Zostałem wniesiony do wnętrza, usadowiłem się przy samych drzwiach. Pomyślałem sobie: „no, kości zostały rzucone! Czas na działanie". Usłyszałem ryk odpalonych silników, samolot ruszył po pasie startowym i zaczął się wznosić. Robert wręczył mi wysokościomierz i powiedział, wskazując na miernik, że gdy urządzenie wskaże 4000 metrów, wyskoczymy. Za małym okienkiem ziemia zaczęła się szybko przesuwać i z każdą minutą stawała się coraz mniejsza, mniejsza, i mniejsza. Nagle, jedna myśl mi zakołatała w głowie: „co ja tutaj robię?!" Spuściłem głowę. Pojawiła się kolejna myśl, myśl o katastrofie pod Smoleńskiem. Przez jedno mgnienie lata 2010, przetoczyło mi się między oczami kilka twarzy z tragicznego lotu, w tym twarz Pana Prezydenta. Podniosłem głowę. Rozejrzałem się wokoło, a tam spalone słońcem i wiatrem twarze kilkunastu skoczków. Naprzeciwko mnie siedziała ładna i drobna brunetka. Uśmiechnęliśmy się do siebie. „No, nie jestem sam, a jeśli ona może, to dlaczego ja miałbym nie skoczyć?". Temperatura stawała się coraz niższa. Po kolejnym kołowaniu, samolot osiągnął pułap 4 tys. metrów nad ziemią w Piotrkowie Trybunalskim. Rozbłysły światła nad oknami samolotu – zaczęło się!

 

Na znak szczęśliwego lądowania, skoczkowie przybili sobie piątkę. Jeden ze skoczków otworzył drzwi samolotu. Uszy przebił świst wiatru, zimnie i wręcz mroźne powietrze uderzyło po twarzy, a oczom ukazały się połacie ziemi rzeźbionej kwadratami i prostokątami pól i lasów. W kilku następnych minutach, toczyła się wyłącznie akcja wyskakiwania kolejnych spadochroniarzy: samodzielnych, w tandemach i w triach szkoleniowych. Wreszcie, przyszedł czas na nas. Stanęliśmy na progu samolotu, wiatr zapierał dech w piersiach, przed nami stał kamerzysta o kinowym (mam nadzieję!) pseudonimie „Killer". Wyskoczyliśmy! Jeśli ktoś zapytałby mnie, dlaczego powstają takie mity, jak ten o Ikarze, ja wiem! Człowiek przeczuwa te doznania, obserwując choćby orły krążące nad ziemią. Chwile swobodnego spadania są zatopieniem się w wolności i jakby bezbronności wobec tego, co dzieje się wokół człowieka. Płynąłem w objęciach wiatru. Codzienne problemy stały się nieistotne i śmieszne w perspektywie ziemi, która na tej wysokości wydaje się taka mała. Dotknąłem granic życia, otarłem się o kotarę codzienności. Poczułem puls czegoś więcej niż ja sam jestem.

 

Spadaliśmy z prędkością 232 km na godzinę. Killer machał do mnie rękami i kręcił na video całe to wydarzenie. Roberta miałem na plecach, więc mogłoby się wydawać, że Go niosę w przestworzach na sobie. Szum powietrza wdzierał się i przeszywał całe ciało. Nagła zmiana ciśnienia zatykała uszy. Robert otworzył czaszę spadochronu. Wiatr nagle ucichł, powietrze stało się na powrót ciepłe, z czasem gorące. Ziemia zbliżała się do nas powoli, zarysy zmieniały się w wyraźne kontury, pojawiło się lotnisko, punkty osób, wreszcie osoby. W trakcie spadania z otwartą czaszą spadochronu, miałem wrażenie, jakbym był na spacerze w letnie popołudnie. Opadaliśmy w towarzystwie sierpniowego powiewu. Wylądowaliśmy. Pojawił się Killer z kamerą na kasku, Wiesław, Beata, Kinga. „Żyjesz? ... żyję!... Jak było? Wszystko w porządku?... było rewelacyjnie, ... jest ok!"Usiadłem na wózek inwalidzki. Otrzymałem dyplom z uściskiem dłoni mojego instruktora. Dokonało się. A w duszy przebudziło się lekko zaspane pragnienie, którego przeczucie pojawiło się podczas wolnego spadania – dojmujące pragnienie wolności.

 

Czemu to zrobiłem? Bo chciałem pokonać sam siebie? Bo chciałem przełamać bariery? Bo chciałem „posolić" rzeczywistość? A może po prostu dlatego, że coś mnie wezwało? W życiu oddałem dwa znaczące skoki: skok do wody i skok spadochronowy. Od 30 lat jeżdżę na wózku inwalidzkim, od czasu gdy w wieku 15 lat, czerwcowego popołudnia 1980 roku (miesiąc przed polskim sierpniem), skoczyłem na głowę do zbyt płytkiej wody i uszkodziłem rdzeń kręgowy w odcinku szyjnym, w wyniku czego mam czterokończynowe porażenie, zwane tetraplegią. Podobne uszkodzenie miał po upadku z konia Christofher Reeves, odtwórca legendarnej roli Supermana. Ów feralny dla mnie skok dał mi drugie życie – zupełnie inne od tego, które mógłbym prowadzić w pierwszym moim osobistym scenariuszu. Życie po życiu? Odpowiadam – tak. W jakimś sensie, jestem szczęściarzem. Dostałem drugi scenariusz życia, choć wcale się o to nie prosiłem. Nie każdy może żyć w dwu tak różnych światach (przed i po ciężkim wypadku) oraz wykorzystywać tę siłę, która tkwi w człowieku. Jest ona niezbędna w relacjach z ludźmi, w pracy i w codziennym życiu. Siła ta odczuwalna jest podczas skoku spadochronowego. Cieszę się, że się zdecydowałem na skok. Warto było!;))

 

Wyjeżdżając z lotniska, mijaliśmy jednego z ukraińskich pilotów samolotu, który tego dnia był do dyspozycji skoczków. Wracał z obiadu do następnego lotu. Przez opuszczone okno w samochodzie, uśmiechnęliśmy się do siebie. Znad kierownicy podniosłem rękę na pożegnanie, a pilot przyłożył swoją prawą rękę do skroni i mi zasalutował. Nie zostało wypowiedziane żadne słowo, a ja poczułem się dumny z wykonanego zadania.

 

Marek

Komentarze (0)

Właśnie pojawiły się nowe () komentarze - pokaż
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
Pomoc | Zasady forum
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.