MATERIAŁ INTERNAUTY
Aktualizacja:

Historia mojej emigracji do Szwajcarii.

Od zawsze byłam powsinogą, lubiłam podróżować, zwiedzać, poznawać nowe miejsca i kultury. Wychowałam się i wykształciłam w Polsce, ale swoją przyszłość wiążę ze Szwajcarią, w której obecnie mieszkam. Podjęłam świadomą decyzję o wyjeździe, które nie żałuję. Czy wrócę do Polski? Wyłącznie na chwilę, w odwiedziny, do bliskich.

W związku ze zbliżającą się debatą na temat emigracji postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami. Moja przygoda z poznawaniem zagranicznego świata zaczęła się już w dzieciństwie za sprawą taty, który pracował na kontraktach w Niemczech. Chcąc oczywiście utrzymać więź rodzinną, często z mamą podróżowałyśmy do zachodnich sąsiadów bądź na ich terenie pomieszkiwałyśmy. Uwierzcie mi na słowo, że stanie w kilkunastogodzinnych kolejkach na granicy to dla dziecka męcząca przygoda. Dziś wspominam te czasy z uśmiechem na ustach, ale wtedy zdecydowanie do śmiechu mi nie było. Trzeba było jednak zacisnąć zęby i przetrwać, a dziś zbieram tego plony. Jako dziecko czy też już jako nastolatka, traktowałam wyjazdy do Niemiec jako wycieczkę do lepszego świata. Zachód był bogaty, pełen możliwości, dający szerokie pole do rozwoju siebie czy swojej kariery. Był jak sklep ze słodyczami do którego ja miałam wstęp, a inni mogli tylko przytykać nos do szyby i patrzeć na to co w środku dla nich nieosiągalne. Dzięki temu, że mój tato był i jest bardzo ceniony na niemieckim rynku pracy, nie musiałyśmy z mamą bać się o jutro, żyłyśmy w tym sklepie ze słodyczami na co dzień, a co lepsze kąski mogłyśmy spakować w torby i przywieźć do kraju. Pamiętam kiedy tato przyjeżdżał do Polski raz na jakiś czas, parkował na podwórku, otwierał bagażnik, a w koło niego dzieci wyrastały jak grzyby po deszczu zwabione kolorowymi pakunkami kryjącymi nieznane dotąd słodkości i inne rzeczy. Zapewnił Nam pewien poziom życia, który często odbiegał od poziomu ludzi wokół nas. Poza tym dzięki temu, że tato zdecydował się wyjechać, znam Niemcy jak własną kieszeń, zwiedziłam każde większe miasto, postawiłam stopę w kilkunastu małych miasteczkach. Szczerze mówiąc nie znam tak dobrze Polski ani nie byłam w tak wielu miejscach swego kraju, jak w Niemczech. Poznałam tradycje i zwyczaje różnych landów, liznęłam języka, jadłam rzeczy, które niektórym się tylko śniły. Kolejne wspomnienie, szkoła podstawowa. Mieliśmy chyba opisać potrawy jakie lubimy i jakich nie lubimy. Ja, gówniara lat bardzo mało, napisałam, że nie lubię kawioru. Kawioru! Nauczycielka wezwała mamę do szkoły, chwaląc moją bogatą wyobraźnię, ponieważ przez myśl jej nie przeszło, że mogłam widzieć, a co dopiero smakować kawior. Mama się tylko uśmiechnęła. Wtedy już, na poziomie szkoły podstawowej, w mojej głowie zrodził się jasny i konkretny plan: nauczyć się języka, wykształcić się, wyjechać do Niemiec, znaleźć pracę, męża Niemca i wieść szczęśliwe życie na emigracji :)


Jak założyłam tak do tego dążyłam. W liceum wybrałam klasę o profilu filologicznym z rozszerzonym językiem polskim i niemieckim. Przyznam się bez bicia, że moje stopnie z języka niemieckiego dobre nie były, bo jednak lenistwo zwyciężyło, ale już maturę z tegoż zdałam prawie na 100%. Pierwszy krok po maturze skierowałam ku Filologii germańskiej, ale okazało się, że moje wyobrażenia o tym kierunku, a rzeczywistość diametralnie się od siebie różnią. Podobnie było z kolejnym wyborem, dziennikarstwem, które również nie do końca spełniało moje oczekiwania. Do dziś mnie interesuje ta dziedzina, chętnie piszę, co chyba widać przede wszystkim tutaj. Nie chciałam jednak studiować czegoś co mnie nie kręci w takiej formie, jak jest przekazywane na studiach, czegoś co mi się w życiu nie przyda. Pojawił się pomysł wyjazdu za granicę i przemyślenia dalszego kierunku w jakim pokieruje swoje życie. Padło na Holandię i pracę jako Au Pair. Niestety moi rodzice nie byli zadowoleni z tegoż pomysłu, a kłótniom w domu nie było końca. Mimo to postawiłam na swoim, znalazłam w Internecie ogłoszenie, spakowałam się i wyjechałam w ciemno, bez znajomości kogokolwiek na miejscu. Pomyślicie pewnie, że był to krok lekkomyślny, ale wtedy na prawdę o tym nie myślałam. Dopiero siedząc w autobusie, będąc w połowie drogi i rozpakowując pożegnalne paczuszki od swoich przyjaciół zwątpiłam i rozpłakałam się. Ogarnął mnie strach przed nieznanym, przed obcym krajem, w którym nie wiem co na mnie czeka. Poczułam złość i żal, ale nie mogłam się już wycofać. Jak się to skończyło? Bardzo dobrze! Wszak pracy z dziećmi było co nie miara, a często też wymagano ode mnie więcej niż mogłam i powinnam w ramach umowy z siebie dać, to dobrze wspominam tę przygodę. Ponownie zachłysnęłam się nowym, nieodkrytym terenem i utwierdziłam w przekonaniu, że jest mi za granicą dobrze, że są tu większe możliwości niż w kraju. Holandia jednak to temat na inny wpis, który wkrótce pojawi się gościnnie na innym blogu :)

Po 9 miesiącach wróciłam z kraju wiatraków i tulipanów nadal nie wiedząc co chcę w życiu robić. Powiem Wam, że taka niepewność jest męcząca, czuje się, że życie przecieka przez palce. Szybko i ponownie spontanicznie zostałam Au Pair, tym razem przerzucając walizki do Niemiec. Tam spędziłam prawie rok, podszkoliłam język, nawiązałam znajomości z ludźmi z całego świata i przeżyłam wspaniałe chwile. Tutaj już było ciut mniej pracy, a znacznie więcej zabawy i młodzieńczego wyszumienia się, ale wszystko pod kontrolą i z głową na karku. Przez myśl przeszło mi, iż mogłabym rozpocząć studia w Monachium (nieopodal mieszkałam), ale jednak nie czułam się na siłach językowo i bałam się porażki. Wróciłam więc na studia do Polski, ponieważ już mniej więcej miałam sprecyzowane co chciałabym studiować i co robić w przyszłości.

Podczas pobytu w kraju nadal przebąkiwałam coś o tym niemieckim mężu (ależ się uparłam!) i rajskim życiu w Hamburgu (kocham to miasto!) bądź na bawarskiej ziemi, ale zaniechałam troszkę działania w tym kierunku. Były studia, znajomi, rodzina, wszystko na miejscu i w zasięgu ręki. Marzenia o wyjeździe na stałe powoli wygasały, stawały się odległe i mało realne. Niespodziewanie pojawiła się jednak miłość, która zamieszała w całym moim życiu. Z Jackiem poznaliśmy się na pewnym znanym portalu randkowym i szczerze mówiąc na początku nie widziałam świetlanej przyszłości tej znajomości. Zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, raczej długotrwały proces poznawania się, odkrywania i dopasowywania. Była niepewność, wątpliwości, nawet rozstanie po kilku miesiącach. I właśnie chyba to rozstanie przybliżyło Nas do siebie i utwierdziło w przekonaniu, że warto walczyć bo razem bywało ciężko, ale osobno jeszcze gorzej. Okazało się też, że oboje od lat marzymy i planujemy osiedlić się w jakimś niemieckojęzycznym kraju, a więc bingo! Nie groziło Nam pakowanie walizek w płaczu i rozstania z powodu chęci wyjazdu i niechęci do tego drugiej osoby. Uważam, że dobrze jest dopasować się w tej kwestii żeby potem dramatów nie było. Troszkę pomogliśmy szczęściu i pojawiła się propozycja wyjazdu do Szwajcarii. Jeśli mam być szczera, to w tamtej chwili o Szwajcarii nie wiele wiedziałam. Był to dla mnie tak odległy i niedostępny kraj, że nawet nie kusiło mnie aby zdobywać o nim jakiekolwiek wiadomości. Wiedziałam, że Szwajcaria to ser, zegarki, krowy i bogactwo, tyle. Kiedy Jacek podjął decyzję o przeprowadzce ja wpadłam w panikę. Nie wiedziałam czy chcę, nie byłam pewna czy on chce żebym z nim jechała, traciłam grunt pod nogami. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego, ale też nie widziałam siebie tworzącej dom od podstaw, przebijającej się przez tutejsze urzędy, szukającej pracy i rozpoczynającej to całe dorosłe życie z dala od bliskich i przyjaciół. Ostatecznie, jak wiecie, zdecydowałam się na wyjazd i od już prawie dwóch lat wijemy sobie gniazdko w Zurychu planując zostać tu na stałe, bo kraj ten w dużej mierze spełnia Nasze oczekiwania :)

Jak widzicie moja emigracja nie była podyktowana miłosnym zrywem, wygraną w totolotka, złą sytuacją czy innymi zdarzeniami. Po prostu tak los mnie za rękę poprowadził, przygotowując do tego od lat. Nie mówię, że było łatwo, bo łatwo nie było. Decyzje o wyjazdach nigdy proste nie są, zawsze zostawiamy za sobą coś za czym tęsknimy, czego jest nam żal, czego brakuje nam i nie możemy znaleźć substytutu. Towarzyszą temu bardzo skrajne emocje, wątpliwości, kalkulacje, ale w Naszym przypadku było warto. Na dzień dzisiejszy stwierdzamy, że przeprowadzka tutaj była dobrym wyborem, mimo iż Szwajcaria każdego dnia Nas zaskakuje, nie zawsze pozytywnie. Staramy się jednak dostosowywać do tutejszych zasad, poznawać panujące tu obyczaje, rozumieć pewne sprawy i zachwycać się pięknem kraju, a także możliwościami jakie nam daje otwierając coraz to nowe drzwi :)

 

Komentarze (0)

Właśnie pojawiły się nowe () komentarze - pokaż
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
Pomoc | Zasady forum
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.